wtorek, 29 października 2013

Może Martyna, mogę i ja

Chyba Jej zazdroszczę. Młoda, ładna, zaradna. Czego się nie dotknie – SUKCES. A ja nawet nie mam internetu. Tylko dzisiaj, ale nie mam i co mam ze sobą zrobić? Kursanci z eTwinningu czekają na komentarze, marmelada zepchnęła mnie w głosowaniu na trzecie miejsce (bezdomne koty z mojego osiedla tracą jedzenie – publicznie ogłosiłam, że za talon kupię karmę dla kotów) i wreszcie nie mogę na „środę na koda” przygotować przykładu w Scratch’u, który od wczoraj mam w głowie. Poszłam do Tesco poczytać prasę (przydałby się stolik przy gazetach) i wróciłam z dwoma czasopismami. W listopadowym TRAVELER Martyna chwali się swoimi przeżyciami z Indii, ale na okładce widzę hasło TRIEST i już wiem, że zajrzę do środka. Triest to nie Indie, ale dla mnie to dużo ważniejsze miejsce. I teraz będzie o Trieście sprzed 30 lat – nie musicie czytać, ale ja sobie powspominam.
Nie, nie będę pisała, że w Trieście rozsmakowałam się w capucino, zobaczyłam, jak wygląda wolny świat (u nas był rok 1982 i stan wojenny), w sklepach było wszystko, a do Wenecji tylko 2 godziny pociągiem. Do Triestu jeździłam (1982 i 1986) z powodu ICTP. Dzisiaj każdy może sobie kliknąć na www.ictp.it i już wszystko wiadomo. Wtedy, żeby zadzwonić do domu ... o nie, nie opowiem bo dzieci znowu zapytają, a ile Pani ma lat?
Triest oznacza dla mnie pasję do nauki, otwartość na współpracę z zagranicą, ale też ... wełniane wspomnienie. Już wtedy byłam „zarażona dzianiem” i na zdjęciu z matematycznym światem mam na sobie sweterek, który moja koleżanka Ania przechowała do dzisiaj. Aniu, bardzo Ci dziękuję!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.